The Callisto Protocol to nie Dead Space. Takie porównania działają na niekorzyść gry Striking Distance

Jedną z ostatnich większych premier 2022 roku było The Callisto Protocol, najnowszy projekt jednego z ojców Dead Space. Oczekiwania fanów survival horrorów były wysokie, szczególnie przez zapewnienia o tworzeniu „najstraszniejszej gry na nową generację konsol”. Rzeczywistość zweryfikowała, że czasem warto odpuścić taką marketingową gadkę.

Glen Schofield, człowiek stojący za Nekromorfami

Schofield był związany z branżą gier od początku lat 90., jednak jego nazwisko zyskało większy rozgłos dopiero w 2008 roku, po ogromnym sukcesie pierwszej odsłony Dead Space. Jako producent wykonawczy miał pełną kontrolę nad projektem, a co za tym idzie, to właśnie on odpowiadał za całokształt tej – teraz już kultowej – gry. I chociaż nie brał udziału przy tworzeniu kontynuacji, to najwyraźniej wizja rozwoju nowego horroru science fiction nie dawała mu spokoju. W 2020 roku Glen Schofield, jako CEO nowopowstałego studia Striking Distance, zapowiedział The Callisto Protocol.

Gra od początku była promowana jako duchowy spadkobierca serii Dead Space, który rozgrywa się w uniwersum PlayerUnknown’s Battlegrounds. Początkowo Callisto miała służyć jako rozwinięcie koncepcji świata przedstawionego w popularnym Battle Royale’u. Na (nie)szczęście postanowiono całkowicie odciąć się od PUBG i gra została całkowicie autonomicznym tworem, który nie ma bezpośrednich powiązań z żadną inną franczyzą.

Mimo wszystko wysokobudżetową grę jednoosobową trzeba w jakiś sposób graczom sprzedać. Bez konkretnego powodu nikt nie będzie chciał pochylić się nad nieznanym IP, a koszty produkcji muszą się zwrócić. Dlatego Schofield już na samym początku kampanii marketingowej wyciągnął wszystkie asy z rękawa i reklamował The Callisto Protocol swoim nazwiskiem. Przecież kto stworzy lepszego Dead Space’a niż sam ojciec serii? Wychodzi na to, że EA Motive, klepiące od kilku lat remake, ponieważ Callisto nie ma zbyt wiele wspólnego z kosmicznym horrorem.

Marketingowe obietnice a rzeczywistość

Produkcja Striking Distance to idealny przykład na to, jak można sabotować własny projekt naciąganym marketingiem. Od dwóch lat Schofield kreował w oczach graczy obraz, który co najwyżej średnio pokrył się z finalnym produktem. Według zapowiedzi mieliśmy dostać usprawnionego pod każdym względem Dead Space’a, miało być straszniej, miało być brutalniej, miało być ładniej. W teorii przepis na sukces, bo pomimo 15 lat na karku pierwszy Dead Space nadal dobrze się trzyma, jest grywalny i co najważniejsze ciągle przeraża. Nic, tylko się cieszyć, skoro Callisto miało rozwinąć każdy z aspektów, dzięki którym seria zaskarbiła sobie uznanie tysięcy graczy.

Oczekiwania były podsycane jeszcze bardziej przez pokazy rozgrywki, gdzie gołym okiem było widać podobieństwa Callisto do przygód Isaaca Clarke’a na pokładzie USG Ishimura. Kosmiczna placówka opanowana przez mutujące maszkary? Jest. Interfejs gracza wyświetlany bezpośrednio na postaci? Jest. Mięsiste dobijanie przeciwników? Tak samo obecne. Przedpremierowe obietnice pokrywały się z rzeczywistymi pokazami gry. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że nadciąga Dead Space 2.0 (albo właściwie 4.0?).

Podobieństwa między tymi grami kończą się na wspominanych detalach. Chociaż na zrzutach ekranu oba tytuły rzeczywiście wyglądają nad wyraz podobnie, to gra się w nie zupełnie inaczej. Dopóki nie przekonałem się na własnej skórze, co ma do zaoferowania The Callisto Protocol, wychodziłem z błędnego założenia, że to zwykła kalka Dead Space’a. Kalka, na którą nie miałem zbytnio ochoty, dlatego sporo zwlekałem z jej ograniem. Z racji tego, że na horyzoncie aktualnie nie ma żadnych większych premier, postanowiłem w końcu dać szansę Callisto. Odpaliłem konsolę, przeprowadziłem awaryjne lądowanie na księżycu Jowisza i… nie tego się spodziewałem.

Kluczem do dobrej zabawy jest brak oczekiwań

Dopiero po kilkudziesięciu minutach zacząłem zdawać sobie sprawę, że mam do czynienia z zupełnie inną grą. Pomimo oczywistych zapożyczeń z Dead Space’a, prowadzenie gracza przez kolejne korytarze więzienia Black Iron wygląda zupełnie inaczej niż w kultowym horrorze. W pierwowzorze struktura lokacji przypominała bardziej pierwsze odsłony Resident Evil, statek USG Ishimura był względnie otwartym połączeniem kilku sporych lokacji i gracz miał całkiem sporo swobody w zwiedzaniu. Szczególnie na późniejszych etapach gry, kiedy pootwierało się zamknięte wcześniej przejścia. W Callisto nie ma miejsca na żadną samowolkę. Przygoda idzie jak po sznurku od początku do końca, na palcach jednej ręki można policzyć pomieszczenia, które można pominąć.

Kolejną różnicą jest system walki. Dead Space stawiał na broń palną, z rzadka uciekało się do walki wręcz, gdyż ryzyko zgonu było nad wyraz wysokie. W Callisto wygląda to zupełnie na odwrót, zaczynamy bez niczego, zdani tylko na swoją siłę fizyczną i znaleziony na ziemi kilof. Walka w zwarciu jest stałym elementem gry i towarzyszy nam do końca, nawet jeśli dorobimy się pełnego wachlarza pukawek. Liniowe lokacje często są zbyt ciasne, żeby utrzymać odpowiedni dystans od przeciwnika, więc czy chcemy, czy nie, należy nauczyć się korzystać z systemu uników, który jest względnie, hm… osobliwy. Dość powiedzieć, że na pierwszym przeciwniku zginąłem dobre trzy razy, zanim udało mi się z nim uporać na dobre. Podobnego podejścia do uników nie widziałem w żadnej innej grze, przez co opanowanie zajęło trochę czasu. Początek Callisto może wydawać się ciężki nawet na normalnym poziomie trudności, na szczęście stosunkowo szybko otrzymujemy dostęp do rozwoju bohatera, dzięki czemu z czasem nawet starcia jeden na czterech, nie są większym wyzwaniem.

Tym, co najbardziej odróżnia The Callisto Protocol od Dead Space jest fakt, że najnowsza gra Glena Schofielda nie straszy nawet w połowie tak jak protoplasta. Dead Space do tej pory potrafi przytłoczyć swoją atmosferą, a tutaj nie ma nawet szczypty zaszczucia, które towarzyszyło nam w 2008 roku. Możliwe, że przy odpowiednich warunkach (dobre słuchawki + ciemnia) pierwsze takty opowieści sprawią, że dreszcz kilka razu przebiegnie po karku, to po skończeniu pierwszego rozdziału poznamy wszystkie sztuczki i pod względem wzbudzanej grozy nie zostaniemy już zaskoczeni.

The Callisto Protocol to nie Dead Space. I w sumie dobrze

Pomimo wielu różnic The Callisto Protocol to nadal dobry tytuł. Po prostu nie walczy w tej samej lidze co Dead Space, ba, nawet nie jest dla niego bezpośrednią konkurencją. Ufając marketingowi i nastawiając się na godnego następcę serii, wyrządzimy sobie i grze sporą krzywdę. Z takim podejściem mamy gwarancję rozczarowania, co widać po opiniach zawiedzionych graczy, którzy dostali nie to, co zostało im obiecane. Callisto to nie Dead Space. Pierwsze etapy gry zwiastują niezły survival horror, jednak po kilku godzinach przygoda zamienia się w liniowe sci-fi akcji.

Co samo w sobie nie jest złe, w tej kategorii The Callisto Protocol jest porządnym projektem. Nie idealnym, bowiem przy większych potyczkach charakterystyczny system walki potrafi być chaotyczny, a potyczki z bossami pozostawiają sporo do życzenia. Koniec końców warto dać grze szansę i na własną rękę zwiedzić nieprzyjazną powierzchnię księżyca Kalisto. Będąc otwartym na zmiany w rozgrywce, dostaniemy w swoje ręce widowiskowe science fiction, które, choć nie straszy, to nadal oferuje kilkanaście godzin dobrej zabawy.


Gdzie kupić The Callisto Protocol na PC i konsole?

Bez promocji Łowcy Gier nie byliby Łowcami Gier. 😉 W sekcji poniżej umieściliśmy aktualnie najlepsze promocje na pecetowe i konsolowe wydania The Callisto Protocol.

Gra jest dostępna w rozszerzonej wersji Digital Deluxe, która oprócz „podstawki” zawiera także Season Pass oferujący nowe tryby i dodatek fabularny. Premiera nowej kampanii zaplanowana jest na lato 2023 roku.

Promocje na The Callisto Protocol (PS4 / PS5)

Pudełkowe wydanie Callisto na PS4 kupicie za 169 zł w sklepie Media Expert. Wydanie gry na konsole PlayStation 5 kosztuje 199,99 zł. Przypominamy, że gra nie oferuje darmowej aktualizacji do next-genowej wersji.

Na cyfrowym wydaniu z PlayStation Store możecie dodatkowo zaoszczędzić dzięki tanim doładowaniom 100 PLN:


Cena The Callisto Protocol na konsole Xbox

Pojawiają się pierwsze problemy z dostępnością pudełkowe wydania The Callisto Protocol na konsole Microsoftu. Niewiele polskich sklepów ma grę w ofercie. Cena na Xbox One zaczyna się od 159,99 zł. Next-genowe wydanie kosztuje 219 zł.

Najlepsze oferty na pecetowe The Callisto Protocol

Gracze na komputerach osobistych mogą kupić Callisto zarówno na Steamie, jak i w Epic Games Store. Najlepsze promocje umieściliśmy w poniższych zestawieniach:


Łowcy, ograliście już The Callisto Protocol czy postanowiliście poczekać na remake Dead Space? Podzielcie się w komentarzach wrażeniami z obu tytułów. 😉

PS. Dla osób spragnionych „prawdziwego” powrotu serii Dead Space powstaje remake pierwszej odsłony. Gra zadebiutuje już w najbliższy piątek, 27 stycznia. Więcej informacji wraz z przeglądem ofert możecie znaleźć w naszym artykule.

Niektóre odnośniki w naszych artykułach to linki afiliacyjne. Klikając na nie, nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz pracę Redakcji.