X

«

»

Recenzja Defender’s Quest: Valley of the Forgotten

Wybić się przed szereg

 

W moim odczuciu większość gier typu tower defense dzieli kilka zasadniczych wad-dużą statyczność rozgrywki, zbyt małe urozmaicenie i dość proste „podbijanie” poziomu trudności. W efekcie poza trzema przypadkami nie spędziłem z tego typu tytułami przed ekranem zbyt wiele czasu. Chlubnymi wyjątkami w moim osobistym rankingu są Dungeon Defenders, dylogia Soulcaster i… Czy trzecim wyjątkiem jest Defender’s Quest? O tym (i nie tylko) w niniejszej recenzji!

 screen1

Znowu magowie i potwory? 

 

Jak można zauważyć na screenach, gra rozgrywa się w typowej otoczce fantasy-mamy wojowników, kapłanów, a także ożywione truposze, określane w grze mianem „revenant” (powracający) i inne plugawe stwory. W tle mamy historię o zarazie dziesiątkującej ludzi i zamieniającą ich we wspomniane revenanty, oraz niezwykłej bibliotekarki, która posiada specyficzną zdolność działania „pomiędzy światami”… Czy historia w grze typu tower defense ma w ogóle jakieś znaczenie? Otóz ta z Defender’s Questa nie jest szczególnie odkrywcza, ale została poprowadzona w całkiem przyzwoity sposób, a do tego okraszona sporą dawką humoru. Nie sposób nie polubić pyskatego i lubiącego się przechwalać berserkera, a jest to pierwszy „pomocnik”, jakiego spotkamy na swej drodze. Dalej jest jeszcze lepiej, ale nie chcę nic więcej zdradzać-bo warto odkryć wszelkie smaczki tego typu samemu.

 

Zapożyczenia, urozmaicenia

 

Teksańskie studio odpowiedzialne za DQ reklamuje swoją grę jako krzyżówkę tower defense’a i crpg-a. W praktyce jest to głównie tower defense, crpg-a mamy tutaj fragmentarycznie-ale jest, i co najważniejsze, rzeczywiście urozmaica rozgrywkę. Mamy kilka klas postaci które pełnią rolę naszych „struktur obronnych”, a które wraz ze zdobywanym doświadczeniem z bitew nabywają i rozwijają dodatkowe zdolności. Tu i ówdzie możemy dokupić im nowy sprzęt bądź pancerz, a nasza główna bohaterka(pełniąca rolę „punktu krytycznego”, który należy bronić) również się rozwija, ulepszając dostępne zaklęcia. I w sumie na tym całego cRPG-a koniec, reszta to już znane z gatunku tower defense schematy-obsadzamy wolne miejsca naszymi pomocnikami, w trakcie planszy ulepszamy ich dzięki manie pozyskiwanej z zabitych przeciwników, a w razie potrzeby „kasujemy” wojaków i przywołujemy w innym miejscu.

Ciężko mi jest wyjaśnić fenomen DQ ale takie połączenie okazuje się szalenie grywalne. Co chwilę mamy do czynienia z nowymi przeciwnikami, plansze zmuszają do sporej elastyczności w planowaniu obrony, a dodatkowego smaczku dodają różnego rodzaju „bossowie” oraz przeciwnicy umiejący przemieszczać się przez rzeki, co zmusza do ogarnięcia wielu „dróg dojścia”. I niby to samo serwują inne „wieżoobronne” produkcje, ale w DQ rzecz mnie wcale nie znudziła, a wprost przeciwnie, zaostrzyła apetyt-nad samym demem spędziłem około czterech godzin, pełna wersja zajęła mi ich ponad dwadzieścia-a i tak nie udało mi się jeszcze przejść przez wszystkie dodatkowe wyzwania. Na pozytyw na pewno zaliczyłbym również grze brak nudnego szlifowania postaci-spokojnie można każdą planszę (w poszczególnych „odmianach” ze względu na poziom zaawansowania wrogów) przejść raz. A dla wytrwałych czekają również dodatkowe nagrody-masa doświadczenia i lokalnej „waluty”, oraz unikalne przedmioty i księgi ulepszające niektóre zdolności głównej bohaterki.

 screen2

 

 Technikalia

 

Defender’s Quest jest typową grą indie-został stworzona przez czteroosobowy zespół, więc siłą rzeczy nie ma co się spodziewać fajerwerków graficznych. Mamy do czynienia z całkiem estetyczną, dwuwymiarową grafiką i dość prostymi animacjami. Przerywniki fabularne są zrealizowane w formie statycznych obrazków. I zdaję sobie sprawę, że wielu osobom, oczekującym od gier solidnej oprawy, może się ta część DQ zdecydowanie nie spodobać. Mi przypadła do gustu-bo po prostu styl graficzny tej gry podoba mi się-jest z jednej strony funkcjonalny, a z drugiej miły dla oka i momentami, podobnie jak i cała gra, całkiem humorystyczny.

Słowa uznania należą się za muzykę-nie robi ona co prawda tak znakomitego wrażenia jak choćby w dylogii Soulcaster, ale i tak słucha się jej przyjemnie. A że kilka motywów muzycznych jest, a plansze nie są zbyt długie-generalnie się owa oprawa muzyczna nie przykrzy.

Gra funkcjonuje w oparciu o Adobe Air, co niestety może przyczyniać się do pewnych komplikacji-rzeczona aplikacja nie zawsze działa bez zarzutu na każdym sprzęcie. Ja odniosłem wręcz wrażenie, że pełna wersja chodziła u mnie momentami mniej sprawnie niż demo, w które grałem na słabszym komputerze.

Na szczęście twórcy nie ustają w ulepszaniu swojego dzieła-jakiś czas temu wypuścili solidnego patcha, ulepszającego grę do wersji gold (dodając nowy tryb gry), a do tego pracują nad wersją „czystą”, niewymagającą użycia Adobe Air.

 

 screen3

Werdykt

 

Prawda wyszła na jaw-Defender’s Quest jest właśnie tym moim subiektywnym wyjątkiem od reguły, czyli tower defense’m z klasą. I jajem. A nawet rzekłbym, że z jajami jak berety. To jest jedna z tych gier typu „kochaj albo rzuć”. Warto zatem przed zakupem obadać demko. Jak komuś podpasuje, to na pewno nie pożałuje zakupu pełnej wersji. Co prawda cena jest dość wygórowana jak na „polską kieszeń” (15 dolarów), ale w przypadku obniżki warto zainteresować się tym tytułem. A gdyby trafiła do jakiegoś bundla-to brać i grać do upadłego!

 

P.S. Warto dodać, że w Defender’s Questa mogą zagrać również użytkownicy MacOS-a i Linuxa-ci drudzy będą musieli co prawda trochę pokombinować przy instalowaniu Adobe Air, ale twórcy zamieścili na swoje stronie szczegółowy poradnik.

 

 

PODSUMOWANIE

 

PLUSY

+ wciągająca rozgrywka

+dużo urozmaiceń i dodatkowych wyzwań

+udane połączenie tower defense’a i crpg-a

+przyjemna oprawa muzyczna

+humor

 

 

MINUSY

-niekiedy problematyczna w działaniu

-niektórym może się nie spodobać zgrzebna grafika

-mało przydatne niektóre klasy postaci

 

kal3jdoskop