X

«

»

konkurs „moja gra roku” – The Walking Dead (Kaftann)

 Moja gra roku, powiadacie. Przez mojego wykończonego blaszaka, w którym bziuczy jeszcze działający GTX 260, dwurdzeniowy procesor i tylko 3 Gigabajty pamięci RAM, przetoczyło się w tym roku produkcji niezliczenie wiele.

 

                Od pięknych wysokobudżetowych gier typu Mass Effect 3 od BioWare, przez średnio przyjętego Max Payne 3 kupionego w promocji, dzięki czemu pieniędzy żałowałem tylko przez kilka dni, do drobniutkich rodzynków na torcie, jakimi były niemalże wszystkie indyki tego roku. Co więc jest moją grą roku? Odpowiedź jest prosta. The Walking Dead.

 

                Czemu, spytacie? Nie, nie dlatego, że nagrywali ją moi ulubieni zagraniczni youtuberzy. Nie, nie dlatego, że była wokół niej fama i wszyscy o niej mówili. Nie, również nie dlatego, że chciałem być politycznie poprawny zgodnie z amerykańskim „tak powinno się robić” I zagrać czarnoskórym bohaterem. Również nie dlatego, że sam chciałem nagrać serię z tej gry (Która swoją drogą okazała się hitem na naszym kanale). Ja po prostu lubiłem komiks.

 

                The Walking Dead wzbudził we mnie uczucia podobne do trylogii Mass Effecta; gorycz i złość towarzyszącą niepowiedzeniem, radość, gdy wszystko toczyło się po mojej myśli… Oraz smutek, który wyzwalał łzy, gdy emocje brały górę. Skoro już mówimy o łzach, to w przypadku tej gry polało się ich nader wiele. Czemu? Nie, nie dlatego, że to interaktywny film i siedziałem jak przysłowiowa „baba” oglądająca telenowelę. Czy to czytając książkę, czy oglądając film, czy grając w dzieło sztuki, będące owocem pracy setek osób, jakim jest gra komputerowa – podchodzę do sprawy emocjonalnie, dzięki czemu lepiej jest wczuć się w postaci. A w Lee wczułem się bardzo… ale to bardzo mocno.

 

                Głównego bohatera polubiłem już na samym początku – kompletna łamaga, zabawny, ale i po przejściach… Z sumieniem wielkości arbuza i sercem zdaje się jeszcze większym. Od początku wiedziałem, że dobrze będzie mi się z nim współpracować, a z racji, że prowadziłem serię spodobało mi się, że będę mógł wczuć się w postać jeszcze łatwiej, dlatego, że jego osobowość w drobnym stopniu przyjdzie mi kształtować na własną rękę. Był moim numerem jeden, przynajmniej.. Do niedługo nadchodzącego momentu, gdy poznaliśmy Clementine.

 

                Od lat marzę o córeczce. O małej pociesze, która będzie razem ze mną odkrywać świat muzyki, filmów, gier… O moim oczku w głowie, którego będę bronił ze wszelkich sił. Voila! Mówisz – masz. W tym wypadku jednak, sprawa okazała się bardziej poważna, niż mogłoby mi się zdawać. Postać Clementine utkwiła w mojej głowie na dłużej… W sercu, konkretniej. Jak fragment betonowej konstrukcji, której ni jak nie idzie rozbić. Czemu? TAK! Bo górę wzięły ojcowskie instynkty, o dziwo.. Mam dopiero dwadzieścia dwa lata i choć jestem już w cztero-letnim związku, nie czuję się jeszcze na tyle odpowiedzialny, by mieć maleństwo, ba! Jeszcze nie jestem żonaty. Choć swoją Panią kocham nad życie, ALE NIE O TYM JEST TEN „ESEJ”. Więc, do rzeczy…

 

                Clementine okazała się tym, czego wewnętrznie chcę w przyszłości, co sprawiło, że w zautomatyzowany sposób zrodziła się w mej głowie odpowiedzialność, która od pierwszego do ostatniego epizodu sprawiała, że kląłem, denerwowałem się, martwiłem, płakałem… Odpowiedzialność, na której test wystawiła mnie „zwykła” gra komputerowa. Gra, która sprawiła, że jestem bardziej pewien niż kiedykolwiek, że będę dobrym ojcem. Czemu? Bo wiem, że będąc dobrym wujkiem wielu dzieci i człowiekiem stanowczo stąpającym po twardym gruncie… Jestem w stanie niczym dziecko zatopić swój umysł w fantastycznym świecie, jaki zwykła gra ma mi do zaoferowania. Co więcej, znaleźć w nim miejsce dla siebie, by potem, ku memu zdziwieniu, odnaleźć tam cząstkę siebie, o której istnieniu nie małej pojęcia, a w końcu… Pozwolić umrzeć części mnie, którą zostawiłem w tamtym pomieszczeniu. Część mnie umarła razem z zakończeniem tej gry. Jednak część mnie, której nigdy we mnie nie było obudziła się, przyszła do życia. I za to dziękuję właśnie tej grze, jej twórcom, autorom scenariusza, ludziom, którzy włożyli w tę grę swoje serca, rodziny, bliskich oraz godziny pracy, które zaowocowały wieloma nagrodami.

 

Dla mnie The Walking Dead jest grą roku… Ale przede wszystkich jest pięknym doświadczeniem, przygodą, którą przyszło mi przeżyć w najmniej oczekiwanym momencie tego roku. I do końca życia będę wdzięczny, świadomie czy nie, że miałem okazję doznać czegoś tak wspaniałego. Dziękuję Tobie, drogi „czytelniku”, że postanowiłeś poświęcić chwilę swojego czasu, by wysłuchać co mam do powiedzenia! I, zapewniam Cię, jeśli zapoznasz się w tą pozycją – przeżyjesz coś równie wspaniałego.

 

Konrad „Kaftann” Misiewicz