X

«

»

Gry niezależne wczoraj i dziś-czyli historia “indyków”

Pisząc te słowa pod koniec 2012 roku, zdaję sobie sprawę, że gry niezależne są już stałym aktorem „spektaklu” elektronicznej rozrywki. Jako że swój kontakt z grami PC-towymi zacząłem w 1997 roku, mogłem przekonać się na własne oczy, jak wyglądała (przynajmniej w tym 15-letnim wycinku czasu) ewolucja growego rynku. Choć zdaję sobie sprawę, że muszę podejść do tematu z pewną pokorą ze względu na niemożność objęcia osobistym doświadczeniem całokształtu tego procederu-bo pierwsze gry z tego gatunku  zaczęły powstawać jeszcze na długo przed moimi urodzinami

 

 Na dobrą sprawę gry podpadające pod kategorię “Indie” (czyli gier niezależnych, nazywanych swojsko “indykami”) powstawały już w latach 70-tych. Mnóstwo drobnych twórców, dopiero zaczynających swoje kroki w raczkującym (patrząc z dzisiejszej perspektywy) świecie elektronicznej rozrywki. Nie mogły one rzecz jasna dotrzeć do szerszej audiencji ze względu na ograniczone fundusze twórców, jak również ograniczone środki przekazu (dzisiaj z pomocą coraz bardziej powszechniejącego internetu twórcy indie nie mają takiego problemu). W wyniku kryzysu z lat 80-tych, jaki dopadł branżę grową, wielu pomniejszych twórców musiało zakończyć swoją działalność.

 

Lata 90-te przyniosły “powrót” gier niezależnych. Warunki okazywały się coraz bardziej sprzyjające-rozwój oprogramowania użytkowego oraz coraz przyjaźniejsze środowiska programistyczne. Sam pamiętam, jak zagrywałem się w takie proste tytuły jak Diamond Stealer czy Bow and Arrow, które w środowisku windowsowym, wraz ze swoim prostym sterowaniem i zasadami stanowiły bardzo miły „przerywnik” growy.

Poza tymi aspektami jednak wydawać by się mogło, że nastąpiła swoista powtórka warunków, w jakich przyszło tworzyć „protoplastom” indyków- gry powstawały wręcz metodą „garażową”, z pomocą najbliższych przyjaciół, przy mocno ograniczonych funduszach. Tym razem jednak twórcy gier mieli pewną przewagę nad swoimi protoplastami z poprzednich dziesięcioleci-internet!

Dzięki internetowi twórcy mogli ułatwić sobie proces dystrybucji swoich dzieł. Ciągle jednak ich jakość w istotny sposób odstawała od tytułów wydawanych przez gigantów w branży. Do tego na dobrą sprawę część z nich nie niosła ze sobą “nic w zamian”, kopiując oklepane schematy, jak choćby „kosmiczne strzelanki” w stylu sławnej Galagi. Oddajmy jednak sprawiedliwość niektórym twórcom, którzy powtarzając schematy już wielokrotnie przerabiane, potrafili stworzyć ciekawe i grywalne pozycje-jak choćby całkiem grywalna LaserAge Gold (bazująca na schemacie „galagowym”), czy dość powszechnie znana platformówka Happyland Adventures.

Z czasem jednak (można powiedzieć że są to już lata “dwutysięczne”) twórcy obrali ścieżkę, z której dzisiaj wszyscy znamy gry indie. A zatem gier, które co prawda nie mogą się zazwyczaj pochwalić fotorealistyczną grafiką czy innymi przymiotami branżowych gigantów, ale w zamian za to oferują zupełnie odmienne doznania-czy to przez surrealistyczny styl graficzny, czy przez nietypowy pomysł na rozgrywkę… Właściwie ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia twórców.

 

Lata “dwutysięczne” przyniosły też rozwiązanie trudu polegającego na rozpropagowaniu danego tytułu. Wszystko dzięki rosnącej popularności e-dystrybucji, a zwłaszcza takich narzędzi jak niezwykle popularny Steam. W efekcie producenci indyków mogą dziś bez większej trudności zapoznać graczy z ich dziełami, udostępniając je do dystrybucji na Steamie, Desurze, GreenManGaming czy wielu innych serwisach. Swoje dołożyły ten niezwykle popularne dzisiaj bundle. Choć idea „płać ile chcesz” doczekała się wielu niemiłych modyfikacji, to jednak wciąż jest to z punktu widzenia klienta szalenie tani sposób na kupno gier indie, z kolei dla mało znanych producentów (bądź dopiero co debiutujących) jest to znacząca szansa na wybicie się.

 

Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że pewne dzisiejsze problemy, czy też raczej „przywary” podwórka gier niezależnych, są w jakimś stopniu powiązane z „korzeniami”. Różnice okazują się mieć głównie charakter ilościowy. Właściwie każdy miesiąc przynosi wysyp nowych indyków, tworzonych przez powstające naprędce grupy (składające się czasem z jednej bądź dwóch osób). I niestety, często na dobrych chęciach „pozytywy” się kończą-nieraz wychodzące gry są zgrzebne graficznie, słabe pod względem oprawy muzycznej, nie mówiąc już o powielaniu schematów i nudnej rozgrywce, „doprawionej” problemami technicznymi.

 

Za dobry przykład może tu posłużyć „bohaterka” najnowszego bundle in a box-a mianowicie gra Flibble. Po odpaleniu i przejściu do właściwej rozgrywki miałem nieodparte wrażenie, jakby ktoś postawił mnie przed bezpośrednią reaktywacją jakiegoś tytułu rodem z Atari 2600. To już nawet nie jest prosta, a wręcz prostacka oprawa, połączona z banalną rozgrywką (chodzić po planszy, zebrać X przedmiotów, wejść w „teleport” (reprezentowany przez migający prostokąt). Jakoś nie dziwi mnie fakt, że gra ta nie znalazła się póki co na żadnym serwisie dystrybuującym gry w formie elektronicznej, jak steam czy choćby nieposiadająca tak dużych rygorów desura. Szkoda, bo całkiem niezły humor którego można doświadczyć już w intrze, został po prostu zmarnowany przez umieszczenie go w tak nieatrakcyjnej grze

Szczególnie zdziwił mnie natomiast casus innej gry, umieszczonej zresztą w ramach jednej z edycji bundla Indie Royale. Adventure Apes and the Mayan Mystery, bo o nim tu mowa, okazał się grą szalenie kiepsko zoptymalizowaną-dość powiedzieć, że zdaniem producenta, rzeczona „rozpikselowana” retro-platformówka wymaga, uwaga, OŚMIU gigabajtów RAM-u! Jasne, zdaję sobie sprawę, że gra jest jeszcze w toku produkcji, (ma zostać bowiem podzielona na epizody z kolejnymi zestawami plansz), a autor stawia pierwsze kroki na poletku growym. Ale mimo wszystko jest to ewidentny błąd w sztuce, którego należałoby uniknąć.

 

Na zakończenie wspomnę jeszcze o pewnej wytyczonej przeze mnie cezurze czasowej, czyli wspomnianych latach 70-tych. Ktoś mógłby mi zarzucić, że stosuję pojęcie gier indie, które de facto upowszechniło się kilka lat temu, na zjawisko mające miejsce 40 lat temu. Osobiście stoję na stanowisku ,że pewne zjawiska wyprzedzają aparat pojęciowy, jakim operujemy wobec nich. Tak też moim zdaniem było z grami niezależnymi-a przecież tamte tytuły spełniały wszystkie warunki, jakie dziś stawiamy grom indie-tworzone w małych zespołach, ze skromnym (bądź niemal zerowych zespołach), zdani na własne siły, ale też pełni entuzjazmu twórczego. I pozostaje nam tylko życzyć sobie, żeby nigdy takich w światku growym nie zabrakło, bo nieraz na ich barkach spoczywa „odświeżenie” branży.

 

kal3jdoskop